Muzyczny Esflores
Muzyczny Esflores
Widgetpot - twórz widgety
Ostatnie wpisy
['ramp] - Nodular
W latach 70-tych i pocz. 80-tych wśród twórców muzyki elektronicznej królowały instrumenty oparte na technologii analogowej. Gwałtowny rozwój technik cyfrowych odsunął jakby w cień tworzenie za pomocą dość "niewygodnych" analogów. Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że te instrumenty najlepsze lata mają za sobą, a przykładem przeczącym tej tezie jest twórczość formacji [`ramp]. "Nodular" to krążek z pewnością zaskakujący. Muzyka zamieszczona na nim została stworzona prawdopodobnie wyłącznie przy pomocy instrumentów analogowych. Niestety nie mam aż tak "wyrobionego" słuchu, aby być tego całkowicie pewnym. Jednak fotka na wkładce i płynące z głośników brzmienia nie pozostawiają zbyt wielu wątpliwości. Zawartość sprawia wrażenie jednej rozbudowanej i wielowarstwowej plamy dźwiękowej z wieloma odwołaniami do muzyki elektronicznej lat 70-tych XX wieku. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z kolejną (najczęściej nieciekawą) kalką przeszłości. Wręcz przeciwnie. Wszystkie kompozycje zamieszczone na krążku są zagrane przez członków zespołu z zupełnie nowym świeżym i bardziej współczesnym podejściem. Ramp - NodularOtrzymujemy tym samym niezapomnianą, pokaźną dawkę brzmień generowanych sztucznie. Coś, co można próbować porównywać do pierwszych dokonań Tangerine Dream czy też Klausa Schulze. Czy taki pomysł "nowości w starym opakowaniu" spotka się z przychylnością ewentualnych słuchaczy? Trudno powiedzieć. Na pewno jest to twórczość, która zadowoli prawie każdego "maniaka" analogów. Okazuje się, że "staromodne" instrumenty analogowe mają jeszcze wiele do powiedzenia. Entuzjaści zaś brzmień generowanych cyfrowo może dzięki tej płytce rozszerzą swoje horyzonty i uznają, że czasami "stare" (ale jare) jest piękne. Moją uwagę przykuła okładka (forma zbliżona do "More Loops" i "The Two Piece Box" Schönwäldera & Kellera z tego samego wydawnictwa, czyli Manikin Records). Początek pewnej serii - 444 oscilators? Być może. Dobrze by było, gdyby w jakiś sposób stało się to wyróżnikiem "nowej" muzyki sekwencyjnej.El-Skwarka (wrażenia spisane jeszcze w 1999r. przeredagowane w 2006r.)astravoyager
Wire - Pink Flag
Pośród wielu zespołów startujących w drugiej połowie lat 7o- tych, Wire jest kapelą wartą zainteresowania. Ich debiut Pink Flag odcisnął silne piętno na muzykach i muzyce w latach 80-tych. Mówimy o punku, cold wave, post punku, amerykańskim hardcorze a nawet synth popie. Punk jest muzyką agresywną, buntowniczą, hałaśliwą i cechuje się niezwykle silną ekspresją. Wire ma wszystkie te cechy, ale wyróżnia się zdecydowanie. Album wypełniony pomysłami na trzy płyty, kapitalnie inteligentnie i elegancko zagrany, zwięzłość, pewność przekazu, zmienność nastrojów i tempa. Minimalizm gitar brzmiących często w dysonansie wywołuje poczucie dziwnego napięcia, co muzycy nazywają "Czynnikiem X" czyli utrzymywaniem słuchacza w stanie niepewności i dezorientacji. Element ten dopracowali do perfekcji na następnych płytach.Wire - Pink FlagMamy tu wszystko co charakteryzuje styl - energię, brak solówek, króciutkie utwory, melodyjność, proste riffy. Wszyscy amerykańcy harcorowcy - Black Flag, Minor Threat czy póżniej Fugazi nie kryją swojej sympatii dla Anglików. Także prawie cała scena punkowa i post punkowa w Polsce to właśnie Wire. Wire są bardzo brytyjscy poruszają tematy przyziemne w odróżnieniu od poetycznego Toma Verlaine'a i Television w Ameryce. Pink Flag została zatknięta ale chorągiewka powiewa i kolejne dwa albumy zespołu to kierunek zdecydowanie odmienny, ktoś to dobrze nazwał, Wire przyćpali jointa wziętego prosto od Syda Barretta, pojawia się elektronika, przestrzeń i psychodelia.Zespół w stanie rozwoju, nie ma ochoty na słuchanie swoich mocodawców i popada w konflikt z wydawcami. Niestety kończy się to totalnym kolapsem, próby reanimacji po kilku latach i wreszcie wydanie w późnych latach 2000- nych dość dobrej płyty. Szkoda. Ale te trzy płyty zostają wydane ponownie z bonusami a różowa flaga ciągle poprawia mi nastrój od lat.Wire - Three Girl RumbaWire- FragileWire - ReutersWire- Pink Flag - Champs
Jean Michel Jarre - Oxygene
I pomyśleć że JMJ miał problemy z wydaniem tego materiału!. A tymczasem to jeden z najbardziej charakterystycznych i popularnych albumow muzyki elektronicznej wszechczasów! Odmienny od chłodnego futuryzmu Kraftwerk i bardziej kosmiczny i przestrzenny niż TD zaskakiwał silnie melodyjnym brzmieniem i kreacją muzycznych pejzaży. Kluczowe komponenty sukcesu tej płyty to znakomicie wykorzystanie instrumentarium (choćby Eminent-310 Unique organ) , fantastyczne użycie efektów echa i dźwiękowych generowanych przez VCS i AKS i genialne realizatorsko niesamowite efekty stereofoniczne. Ten album to znak firmowy JMJ. Już pierwsza część powala klimatem jaki wytwarza ta muzyka –podniosły , metafizyczny nastrój ale nie mroczny. To jakby kosmiczno-przestrzenna nirvana oblana dźwiękami –nastrojowe preludium do porywającej w intergalaktyczną podróż części drugiej –przed nami całe piękno kosmosu –mijamy czerwone karły, pulsary, roje meteorytów – przepiękna, wyważona i w stu procentach dopracowana muzyka. Część trzecia to jakby spięcie tej potrójnej suity –spokojnie-dynamicznie –spokojnie –bardziej jednak doniośle. Część czwarta –chyba najbardziej znany kawałek elektronicznej muzyki w ogóle. Oparty na kilku melodyjnych akordach –ale jak zaaranżowany i jak wspaniale wsparty podkładami! Część piąta –sklada się z dwóch części –pierwsza – odzwierciedlenie kosmicznej pustki –prawie brak linii melodycznej i jakby swobodny przepływ dźwięków - im dalej jednak w las tym pojawia się zamiast dysonansow coraz więcej harmonii która nagle przeksztalca się w ferię muzycznej galopady –jedno z najciekawszych wykorzytań stereo w historii muzyki- słynne przejścia zamian kanałami poszczegolnych podkladów robi wrażenie do dziś – glowny motyw pojawiający nagle –poraża mnie do dziś – ten jakis taki przenikliwy, chwytający za serce dźwięk i zakończenie z falami rozbijającymi się glucho o skałę i samplami popiskiwań mew to jak dla mnie najpiekniejsza część tej płyty Końcowa część to znowu przeciwstawność na ktorej JMJ oparł płytę –spokojny, nastrojowy utwór mniej jednak przestrzenny od pozostalychJean Michel Jarre - Oxygene Bardzo systematycznie ulożone struktury tej muzyki tworzą jej moc – olbrzymia siła tkwi też w tym że JMJ nie udziwniał kompozycji tworząc esensjonalnie krotkie utwory kumulujące wszystko co podpowiadała mu muzyczna wyobraźnia w sposób ktory pozwalał się nacieszyć poszczególnymi dźwiękami do momentu kiedy zaczełyby nużyć. To grzech wielu twórców którzy nadmiernie eksploatują pewne pomysły które zamiast brzmieć świeżo po 10 minutach powodują ból głowy. Siłą Oxygene jest to że jest przyjaźnie nastawiona na słuchacza który przy kolejnych przesłuchach może odnajdywać następne smaczki i a jego wyobraźnia tworzyć coraz to inne wizje. Zasługą Jarre’a jest to ze muzykę el rozpropagował w świecie wyrywając ją z niszowego gatunku przeznaczonego dla niewielkiej , elitarnej grupy sluchaczy. Jak nośna i jak rewolucyjna była ta muzyka niech świadczy olbrzymi boom na podrabiaczy stylu JMJ –do dziś wiele płyt w sklepach netowych zamiast opisu nosi krótką etykietę wyjaśniającą wszystko –jarrish Ale mistrza nie jest w stanie nikt podrobić – co by nie pisać , JMJ ma wielkie zasługi dla el muzyki i obszczekiwanie jego dokonań IMHO jest śmieszne –jego miejsce jest równorzędne obok TD, KS, V. (12/10) 1. Oxygene, Pt. 1 Jarre (7:40) 2. Oxygene, Pt. 2 Jarre (8:08 3. Oxygene, Pt. 3 Jarre (2:54) 4. Oxygene, Pt. 4 Jarre (4:14) 5. Oxygene, Pt. 5 Jarre (10:23) 6. Oxygene, Pt. 6 Jarre (6:20) Instrumenty: ARP Synthesizer AKS Synthesizer VCS Synthesizer RMI Harmonic Synthesizer Farfisa Organ Eminent Mellotron Rhytmin' Computer
Przemysław Rudź - Cosmological Tales (Recenzja Mariusza)
"Jako człowiek, który poświęcił całe swoje życie na najbardziej zdrowo - rozsądkową naukę - studia nad atomem mogę Was zapewnić jako rezultat moich badań, że w istocie, nie ma czegoś takiego jak materia. Materia w takim sensie w jakim ją postrzegamy wywodzi się i istnieje jedynie dzięki sile, która wprawia cząstki w drgania i trzyma ten malutki układ słoneczny w całości. Musimy przyjąć, że za tą siłą kryje się inteligenty i świadomy umysł. Ten umysł jest macierzą całej materii i całego wszechświata."To ważne słowa ojca teorii kwantowej Maxa Plancka, które niech będą wprowadzeniem do wyjątkowego albumu artysty Przemka Rudzia, który muzycznie obrazuje nam niesamowitości ewolucji wszechświata. Muzyka w utworze " Through the Planck era " niczym supernowa wybucha feerią iskrzących motywów, które słuchacza wprawiają w stan euforycznego podniecenia, w którym słuchacz celebruje te magiczne dźwięki z głową skierowaną w kosmiczną otchłań. W drugiej odsłonie tego albumu " The God particles dance " mamy relaksujący wstęp, zadumany i chwilami wręcz refleksyjny i zarazem zachęcający do dalszej penetracji w kosmiczne czeluści. Cudnie rozwija się tu linia melodyczna, okraszona wielobarwnymi partiami syntezatorów.Przemysław Rudź - Cosmological Tales" Last There be Light " to trzeci etap kosmologicznej opowieści. Artysta Rudź muzycznie oprowadza nas po tajemniczych i niesamowitych rejonach odległych kosmicznych galaktyk. Te minorowe nastroje znakomicie przygotowują słuchacza do podróży magicznym wehikułem czasu do okresu " wielkiego wybuchu " czyli narodzin wszechświata. Emocje sięgają zenitu, podobnie jak to miało miejsce w kultowym filmie Stanleya Kubricka " Odyseja 2001 " - skojarzenia jakże na miejscu z niesamowitym epizodem kiedy to kapitan Booman zaczyna transcendentalną podróż do miejsca narodzin, być może wszechświata - muzyczne doznania muzyki Przemka również są tu takim traumatycznym lotem w kosmicznych otchłaniach, muzyka czasem dość hermetyczna i oscylująca wokół minorowych klimatów rozbudza wyobraźnie wrażliwego słuchacza. Transowość " Last there be light " cudnie koreluje tu z kosmicznymi fluidami i wręcz hipnotyzuje swoją magią, pozostawiając w pamięci niezwykle kosmiczne krajobrazy. Autor "Cosmologi..." jak mało kto potrafi posłużyć się prostą materią muzyczną tak abyśmy przeżyli ekscytującą podroż do krainy tajemniczych zakątków kosmosu. Penetracja po mrocznych zakamarkach kosmosu znowu ma ciąg dalszy w utworze " Islands of the universe". Muzyka jak wyimaginowana pajęczyna owija mnie w kokon i nie pozwala się na moment choćby ruszyć z miejsca, czuję się jak pilot zagubionego statku kosmicznego gdzieś w odległej galaktyce narasta strach do niewyobrażalnej wielkości wszechświata, pytanie gdzie jest granica tych kosmicznych otchłani ? Te i parę innych pytań nurtuje od wieków ludzkość. Ta unikalna i zarazem eklektyczna muzyczna uczta ładuje mój akumulator i jest inspirującym przewodnikiem po prehistorii wszechświata. Sekwencyjne ostinato miesza się z ekspresyjnymi i siarczystymi dźwiękami syntezatorów analogowych, ten pozytywny muzyczny zgiełk wprowadza mnie w transcendentalne stany, specyficzny niepokój daje do myślenia - w jakich to bólach rodził się nasz wszechświat. Czy teoria kwantowa to jedyne rozsądne wytłumaczenie, ta muzyka świetnie pasuje do rozmyślań i podpowiada jakie mogą być kierunki naszych kosmicznych dociekań. W utworze " We live here " wracamy na Ziemię. Kompozycja ta jest odskocznią od kosmicznych rozmyślań. Fragment ten ma jak najbardziej pierwiastek ludzki. Piękna fortepianowa i zarazem romantyczna partia przenosi mnie w ludzki wymiar a może jest to muzyczna podpowiedź autora " Cosmological Tales " - radujcie się życiem, szanujcie przyrodę. Po tych nostalgicznych dźwiękach, Przemek daje "pozytywnego kopa" za sprawą potężnych i zarazem pozytywnych energetycznych partii syntezatorów, el popowo wręcz ekscytująco muzyka skrzy się tu feerią pobudzających wyobraźnię el dźwięków. Utwór ten promieniuje tu pozytywnymi wibracjami znakomicie ubarwiony elektryczną gitarą Jarka Figury. Końcowy fragment tego utworu i zarazem całego albumu to oniryczne el pejzaże, muzyka jest tu zadumana i jest taką refleksją nad cudem naszej ziemskiej egzystencji. Kolejne wartościowe dzieło naszego zdolnego el muzyka, gorąco polecam.Mariusz
Tangerine Dream - Alpha Centauri
Zobowiązałem się do pisania na tym forum o muzyce EM, muzyce przestrzeni. I oto mamy tu opus pierwszy elektronicznego, atmosferycznego spacemusic – Alpha Centauri. Po eksperymentalnym Electronic Meditations na placu boju samotnie Edgar Froese niestrudzenie bada meandry dźwiękowych zdarzeń. Zaraz dołącza Chris Franke i Steve Schroeder. Trio zreformowane. Oboje wnoszą legendarny VCS3, który zasłynął dwa lata później na TDSOM Pink Floyd. I ile Electronic Meditation to spontan, Alpha Centauri jest efektem wielotygodniowych prób np. z brzmieniem organów. SUNRISE IN THIRD SYSTEM rozpoczynają narastające akordy gitarowe, organy Froese przejmują inicjatywę unosząc nas za pomocą naprzemienno diabelsko – anielskich brzmień. Wszystko płynie w przestrzeni muskając nasz mózg łagodnymi przemianami kolorów i formy. Intro do FLY AND COLLISION OF COMAS SOLA jest dużo bardziej złożone, sporo tu eksperymentów sonicznych. Dźwięk o ostrych oscylacjach drażni uszy, wirując w nieregularnych kołach, "prusząc" wszystko wokół swym sonicznym "pudrem". Wszystko niknie przy zgodzie gitarowych akordów z drgającymi organami. Tangerine Dream - Alpha CentauriKakofonia traci swą siłę na rzecz bardziej eterycznych fal organów, użytych w zaskakująco tradycyjno melodyjny sposób. Atmosfera ciężka z onirycznym fletem w tle, naraz Franke wywołuje kosmiczna burzę napędzając wszystko niemal z rockowym tempem, ale flet Udo Dennenburga nie ginie ani na chwilę z pola słyszenia. To pierwszy taki zorganizowany kawałek TD mający coś z atmosfery Ummagumma czy Green Desert. Utwór tytułowy to fuzja muzyki elektronicznej z elementami progresywnymi.. Wprowadzające sennie płynące cymbały tworzą swoista "faunę" – szybując, pogrążamy się w klimatach Saucerful of Secrets, VCS'ów i innych "syntetyków". Dźwiękowy wszechświat jaśniejący fletem i niebiańskimi chórami. W tle atonalna ciemność w której przejawy "zorzy polarnej" mogą być wykładnikiem jakichkolwiek zmian. Klejnot dla twardych zwolenników progresywnej EM ( w znaczeniu eksperymentu). Początki gatunku.Autor - PheadreamGutsofdarkness
G.E.N.E. - Canadian Lakes
Istnieją artyści, za którymi specjalnie nie przepadam. Awersja bierze się często po wysłuchaniu kilku zapisów twórczości (bywają przypadki, że już po pierwszym razie ma się dość). Jednak kiedy nadarza się okazja aby poznać kolejną produkcję spod obojętnego mi znaku, sięgam po nią. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie wiem. Być może z powodu obecności nikłej nadziei na coś bardziej interesującego, niż to z czym miało się styczność wcześniej. Takie "postępowanie" prowadzi niestety do wielu rozczarowań. Mimo wszystko wyjątki (choć rzadkie) zdarzają się. Do nich zaliczam płytkę wymienioną w tytule.Miłośnicy eksperymentu twórczego jakim jest G.E.N.E. wiedzą, czego należy się spodziewać po włożeniu krążka do odtwarzacza. Mimo to, może być on pewnym zaskoczeniem. Nadal są to dźwięki natury (tym razem zebrane w przepastnej Kanadzie) odpowiednio współgrające z muzyką generowaną elektronicznie. Niby stary, sprawdzony przepis grupy na sukces, jednak nie do końca. W większości utworów słychać, że niebagatelną rolę w powstaniu tej produkcji odegrał Peter Mergener. Kompozycje takie jak "Good morning vibration", "Blooming kiss" bardziej przypominają dorobek zespołu Software niż G.E.N.E. Dominująca, elektroniczna barwa fletu powoduje, że różnice w stosunku do innych płyt grupy, są jeszcze bardziej zauważalne. Dobrze się stało, że grupa trochę nabrała dystansu do swoich standardowych, "słodkich" wspomnień muzycznych z podróży po świecie. I chociaż jest to kolejny swoisty zapis pewnej wizyty, nie sprawia wrażenia powtórki motywów z innych (starszych) produkcji G.E.N.E.G.E.N.E. - Canadian LakesSpokój jaki emanuje ze zgromadzonych na płytce utworów, może przyczyniać się do wyciszania emocji potencjalnego słuchacza. Pozostaje jednak pewien niedosyt. Złapano się pewnego pomysłu, myśli przewodniej, która jest eksploatowana aż do granic możliwości. Powoduje to, że "flet", tak ciekawy na początku, pod koniec staje się zbyt monotonny, wręcz nużący. Może takie "rozciągnięcie" w czasie miało na celu wprowadzenie słuchacza w odpowiedni stan relaksacji? W moim przypadku to się nie udało. Gdyby krążek był krótszy (zawierał mniej kompozycji), efekt byłby o wiele bardziej interesujący.El-Skwarka (wrażenia spisane w 1999r. przeredagowane w 2005r)Astral voyager
Andreas Vollenweider - Behind the gardens - Behind the wall - Under the tree
Andreas Vollenweider urodził się w szwajcarskim Zurychu 4 Października 1953 roku. Podobnie jak jego ojciec, wybitny i ceniony w Europie organista i kompozytor Hans , Andreas miał bliski kontakt z muzyką od młodych lat. Pod okiem ojca korzystał z okazji nabywania doświadczenia jako muzyk i kompozytor w niezliczonych projektach muzycznych, dorastając w kreatywnej i inspirującej atmosferze swego rodzinnego domu. Mając naturę samouka, nauczył się grać na gitarze, flecie i kolejnych instrumentach . Szukał jednak wciąż instrumentu z którym mógłby się identyfikować. W 1975 roku odkrył pasję do harfy, której brzmienie olśniło go. Tworzy własną technikę gry i modyfikuje instrument tworząc jego elektroakustyczną wariację, tak aby odpowiadał jego oczekiwaniom. Uelektrycznienie jej poszerzyło jej tonalny zakres. Vollenweider komponuje w swym rodzimym kraju muzykę dla filmu, teatru i produkcji telewizyjnych, m.in. bierze udział w performance Poesie Und Musik (1976-77), przygrywając recytacjom poezji . To mu nie wystarcza i w końcu wypuszcza swój pierwszy album zatytułowany Eine Art Suite in XIII Teilen do dziś słabo dostępny, gdyż wydany tylko we Szwajcarii ( dużą, „ulepszoną” część tej płyty udostępniono światu na w zestawie Trilogy ). Porównując to z późniejszymi dokonaniami mamy tu jeszcze surowe, ascetyczne brzmienia, pozbawione charakterystycznych dla Vollenweidera ozdobnych sampli, a i inne instrumenty np. fortepian przejmują rolę harfy. Płyta ta podwaliną, ramą pod Behind The Gardens gdzie słychać nawet powtórzone, dopracowane w detalach melodie. Behind The Gardens powstało gdyż 13 częściowa suita spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem melomanów jak i krytyków. Odbiciem tego było natychmiastowe zainteresowanie europejskiego oddziału CBS który zaproponował Andreasowi kontrakt. Prawa wydawnicze należne Tages & Anzeiger i zarazem zapał Vollenweidera aby ulepszyć i dodać kolejne pomysły sprawił ze zarzucono reedycję suity na 13 części a zajęto się zupełnie inną płytą. Andreas Vollenweider z niedopracowanym jeszcze materiałem pojawia się na Montreux Jazz Festival, gdzie daje swój pierwszy koncert spotykając się z gorącym przyjęciem. Na jesieni ukazuje się album Behind the Gardens - Behind the Wall - Under the Tree , który urzeka krytyków i słuchaczy. Wszyscy mówią o powstaniu nowego stylu muzycznego. To fakt że to co tworzy Vollenwieder jest niepodobne do niczego. Osiągnął to o czym marzy wielu twórców : swoje własne, rozpoznawalne i zarezerwowane tylko dla niego brzmienie... Andreas Vollenweider wypowiadał się o tej płycie: "Ten album zaznaczył początek naszej przygody, wejście do tego jakże odmiennego świata dźwięków. Tytuł jest niejako wskazówką dawaną komuś: Znajdziesz nas za ogrodem , za murem , czy pod drzewem. Przy nagrywaniu tego albumu byliśmy kompletnie odcięci od świata, w pomieszczeniach Sinus Studio w Bernie, którego wnętrza mają ponad 300 lat. W tych warunkach łatwo było o utratę poczucia czasu i przestrzeni."... Behind The Gardens otwiera świergot ptaków i odgłosy śmiechu, powoli, stopniowo, narasta dźwięk harfy wychodzącej w końcu na pierwszy plan w otoczeniu fortepianu i spokojnej perkusji. Wytworzony klimat nie da się opisać. Niesamowicie relaksacyjny wymiar dźwięków brzmiących bardzo ciepło i kojąco ma w sobie coś z obrazka beztroski na ciepłej plaży z widokiem na tęczę czy też wyczarowania obrazów jasnego letniego dnia, królestwa zielonych łąk albo pikniku w raju... Utwór ten posiada ciekawe przełamania wytracające rytm który po chwili powraca znowu ze zdwojoną siłą wsparty przez wyraźniejszą perkusję. Słychać tu ślady kulturowych wpływów muzyki etno z Karaibów. Ta miniaturka wycisza się i przechodzi w Pyramid, które rozpoczyna samotna zadumana harfa wygrywająca całą osnowę melodii wokół której zbudowano konstrukcję utworu. Po chwili dołącza się stonowana perkusja tworząc wspaniały, niepowtarzalny klimat wsparty momentami syntezatorami. Popada od czasu do czasu w jazzową manierę by po chwili powrócić do ładnej melodii. To kolejny pogodny, trochę leniwy i zadumany rozmaz pełen kojącego balsamu dla uszu. Zaskakuje wordpaintingowe wokalizowanie w manierze jazzu i world i po niej muzyka przechodzi jakby w improwizacyjną część gdzie V. pokazuje swój kunszt gry na harfie. Kończy ten utwór ściana brzęczących hałasów i wyciszenie. Micro Macro rozpoczyna także samotna harfa, z tym ze w żywszym , bardziej radosnym tempie, do której dochodzi delikatny dźwięk przypominający organy by eksplodować odległymi kotłami i talerzami, które okazują się tylko ozdobnikiem po którym słychać bardzo ciekawe brzmienia przypominające flety a wydobyte z...harfy! ten kawałek niespodziewanie kończy się aby oddać pola Skin And Skin. Nastrojowy, powolny podkład idealnie wpasowuje się w ramy jazzowej improwizacji, którą mącą dźwięki przypominające harmonię i wstawki wszelakich perkusyjnych przeszkadzajek. Tu nasuwa się na myśl imaginacja miłego dla oka pięknego zachodu słońca. „Księżyc, okręcony wokół niego” to pyszna wstawka imitująca granie na harmonii podśpiewującego ulicznego grajka. Utwór przechodzi przeciągłym dźwiękiem syntezatora w szybkie rytmy Lion And Sheep, gdzie Vollenweider popisuje się swymi umiejętnościami nie tworząc właściwie melodii a bardziej, zabawowy nastrój. Zwracają tu uwagę wszelkie ozdobniki, które u Andreasa zawsze są perfekcyjne - koniec to znowu krotochwilne , trochę rubaszne brzmienie harmonii ( szkoda, że przy kolejnych płytach ja zarzucił-pojawia się dopiero na Kryptos), wprowadzającej do Sunday. Ta słodka, optymistyczna, króciutka niestety melodia to zdecydowanie mój faworyt na tej płycie. Chyba nie na darmo nosi tytuł niedziela –na cześć dnia tygodnia, który kojarzy się z błogim odpoczynkiem i relaksem – słuchając tego fragmentu wyobraźnia podsuwa nam poprzez muzyczne gejzery pozytywnej energii właśnie takie, optymistyczne obrazy. Utwór kończy się niestety szybko w potokach deszczu i trzaskach piorunów ( Afternoon) aby wpaść w zwieńczenie płyty, najbardziej doniosły i prawie patetyczny Hands And Clouds świadczący o tym, że owa radość, zabawa nie jest wcale bezmyślna albowiem muzyka to także źródło spokoju i inspiracji Andreas Vollenweider - Behind the gardens - Behind the wall - Under the treeWesołe ale zarazem zawiłe kompozycje są z pasją wykonane i pomysłowo, zmyślnie skonstruowane. Trudno nie podziwiać smaku aranżacyjnego, świetnego wykorzystania choćby wszelkich akustycznych przeszkadzajek. Krytycy jak i słuchacze zachwycali się na tej płycie wieloma składnikami: eterycznością, ulotnością i dynamiką zarazem muzyki, wysokimi zdolnościami w kreowaniu eleganckich i unikalnych instrumentacji, zmian tempa, tworzenia mikstur kulturowych przez wplatanie wielu detali. Zdumiewał łagodny styl i kreacja niepowtarzalnego nastroju muzycznego przywołującego dosłownie świat baśni. Niektóre kompozycje brzmią jakby były bez formy a ich zmysłowe tekstury są zwyczajnie poruszające. Można by rzec, że obcujemy z magią i tajemnicą naszego świata widzaną w głęboki i klarowny sposób oczami artysty, który dzieli się nimi z nami poprzez swą muzykę. Bogata różnorodność rytmów, kompleksowość bliskich sobie melodii, harmonii, głosów i instrumentarium, wszystko porusza i angażuje umysł i duszę zarazem. Andreas Vollenweider uzyskał status supergwiazdy "new age " ale tak naprawdę trudno go sklasyfikować. Ulokował bowiem w swej muzyce tyle odniesień do różnych gatunków muzycznych, że łatwo pogubić tropy. Przez lata 80- te utrzymał integralność swej artystycznej wizji stając się mimowolnie ikoną muzycznego ruchu New Age. Zwróciłbym uwagę na aranżacje na róg i instrumenty dęte drewniane wszystkie, grane przez Markus’a Kuehne, przywołującego wszystko co możliwe - od celtyckiego folku po amerykański jazz fusion . Wyróżnić też należy dyskretną najczęściej pracę bębnów Keiser’a świetnie komponujących się z tą muzyką, podkreślających jej charakter. Vollenweider gra zaś na chengu, chińskiej cytrze, której tembr sugeruje bardziej wyrafinowaną, podobną do fletu indyjską sitar, uwydatniając egzotyczne smaczki. Jednak podstawowym narzędziem tworzenia wyszukanego klimatu pozostaje harfa. Vollenweider dokonując w niej przeróbek przełamał jej naturę przeciwdziałając średniowiecznym właściwościom tego instrumentu poprzez uzyskanie silnego, rytmicznego pulsu co w rezultacie dało basowe tony o bardzo niskiej częstotliwości skojarzone prawie orkiestrowym poczuciem harmonii. Ten instrument w jego biegłych rękach jest nie tylko eteryczny ale i wesoły i czarujący i tworzy nim ciekawe improwizacje. Wyróżniłbym jeszcze inżynierię dźwięku za pełen przepychu i precyzji, klarowny dźwięk snujący się z głośników. Ten album to znakomity początek do poznania twórczości artysty. Udowadnia jego wirtuozerię i unikalną zdolność tworzenia cudownych melodii. Lekko jazzująca muzyka, łagodne, soczyste chórki i intonacje, tony, mistyczne brzmienia. Album jest radosny, entuzjastyczny i staje się w miarę słuchania prawdziwą rozkoszą dla uszu. "Behind the Gardens..." wciąż jest jak świeża, utkana z mieszanki sekwencji wokalnych i instrumentalnych tworzących magiczno mistyczne melodie porcja wyśmienitej muzyki. A wszystko to dla kobiety... w dedykacji jest Mojej muzyki nie byłoby bez niej –Beacie Vollenweider. A na okładce Andreas uśmiecha się do nas wesoło i zarazem puszcza filuternie "oczko" - to najkrotsza recenzja tej płyty... Najnowsze wydanie tej płyty przynosi 5 bonus tracków i pliki video.(9.87/10) 1.Behind The Gardens, Behind The Wall, Under The Tree 2. Pyramid-In The Wood-In The Bright Light 3. Micro-Macro 4. Skin And Skin 5. Moonlight-Lion And Sheep 6.Lion And Sheep 7 Sunday 8. Afternoon 9. Hands And Clouds Andreas Vollenweider (vocals, acoustic guitar, electric guitar, harp, clay flute, accordion, woodwinds, soprano saxophone, piano, keyboards, Bass Flute, Acoustic Bass, Orophet 5, Oberheim OBX, sound effects Remastering,); Pedro Haldemann (vocals, percussion, sound effects); Erdal Kizilcay (oud, keyboards); Philippe Kienholz (piano); Peter Keiser (bass guitar); Walter Keiser (drums); Jon Otis, Andi Pupato (percussion). Eric Merz Engineer Vera Brandes Producer Hugo Faas ProducerAutor SpawngamerForum Studio Nagrań
Przemysław Rudź - Cosmological Tales
Z wielką przyjemnością sięgam po dugi album Przemka, będący kontynuacją cyklu zamkniętego w koncepcję trylogii. Płyta wyśmienita muzycznie, a i treści pozamuzyczne intrygujące, doskonale zilustrowane. Zresztą ta muzyka ma być przejawem osobowości artysty w którym ścierają się dwie natury – pasjonata nauki i duszy artysty. Te dwa światy obecne w naszej rzeczywistości, oddziaływają na siebie nieustannie. Naukowcy starając się wydrzeć naturze wszystkie tajemnice, silnie inspirują np. filozofów. Album otwiera THROUGH THE PLANCK ERA. Muzyk nie boi się przeciwstawiać sobie elementów lirycznych w postaci solówek będących jakby głosem twórcy i przedziwnych zastanawiających minimalistycznych klimatów, które osobiście uwielbiam. Mechanika kwantowa jest powszechnie krytykowana jako oderwana od życia , oparta na zbyt skomplikowanych działaniach matematycznych. A może tak naprawdę to wszystko jest dużo prostsze. Einstein część życia poświęcił aby tę teorię skorygować, aby bardziej przystawała do natury mikro i makrokosmosu. Nie znalazł odpowiedzi. I pan Bóg uśmiecha się do nas z zadowoleniem. THE GOD PARTICLES DANCE. Uroczy kawałek o słodkich harmoniach i linii melodycznej. A dzieło twórcy wszechświata trwa nie zachwiane w swej tajemnicy. Goethe umierając prosił o więcej światła. Czy rozpoczynając nowe życie nie potrzebujemy właśnie tegoż. LET THERE BE LIGHT. Z otchłani muzycznego chaosu wynurza się postać, krocząca ciężkim ale pewnym krokiem. Olbrzymia sylwetka okryta płaszczem, broda. Może to…….Przemysław Rudź - Cosmological TalesNie , to przecież Alan Parsons, w ręce dzierży latarnię i znika w ciemnościach. Niejako opus magnum tej płyty jest niesamowity dwudziestominutowy ISLANDS OF THE UNIVERSE. Technika pozwala na coraz ciekawszy wgląd wizualny w bezkresy wszechświata, zadziwiające swym pięknem, rażące swym ogromem, intrygujące w swej tajemnicy - Wyspy we wszechświecie – czekają na nas. Niesamowity psychodeliczny odjazd. Ale czas wrócić. I pełne zaskoczenie, Przemek wraca do przeszłości, to bajeczny utwór o kolorach ziemi. WE LIVE HERE. Nieco konserwatywnie potraktowany, uwolniony od wszechobecnej elektroniki, urzeka przepiękną melodią czystego instrumentu - fortepianu. Dla mnie nr 1 tej pozycji.Finał to niepokój o przyszłość, wątpliwość i lęk. Człowiek nie szanuje ani siebie ani swego otoczenia. Ta ignorancja powoduje autokratywne rządy głupców. Rządy pełne chciwości, manipulacji, odwracania uwagi od rzeczy istotnych, na korzyść konsumpcjonizmu i innych bzdur. Czy jest nadzieja? Jedni twierdzą, że nie i czeka nas bolesne przesilenie, drudzy wierzą w potęgę ludzkiego geniuszu .DISPUTABLE FUTURE to mocne zwieńczenie całości podparte rockowym solem gitarowym Jarka Figury. Rudź nie daje gotowej odpowiedzi, ale jego Cosmological Tales zmuszają do zastanowienia. Przekaz muzycznie prawdziwy, oryginalny, dobrze zaaranżowany, świetnie brzmiący. Sama końcówka dosłownie poraża.
Manuel Göttsching - New Age Of Earth
Kto nie zna Manuel'a Göttsching'a ? Tymczasem jest on tak samo znaczący jak Froese, TD, Klaus Schulze. Schulze bębnił na pierwszej płycie Ash Ra Tempel w 1971 roku. Założyciel Ash Ra Tempel, Cosmic Jokers i Ashra. Manuel jak mało kto przyniósł tyle intensywnych emocji w tym gatunku muzycznym, EM. Wydany w 1976 roku New Age of Earth to podwaliny Szkoły Berlińskiej. Rytm jest podstawą, rytm niespokojny stale mieniący się i wirujący. W SUNRAIN doskonale współgra z syntetycznym delikatnym otoczeniem. Gibson artysty nadaje kształt małych perełek, delikatnie modulowanych, przejrzyste i subtelne przywierają do spiralnych harmonii syntezatorowych. Zakręcone formy skutecznie formują harmonijne podstawy, to wszystko podbudowuje rytm kształtowany przez wielorakie połączenie pętli. Geniusz tych modulacji utrzymuje stałe tempo bez wyraźnej perkusji. DEEP DISTANCE jest nieco lżejszy, loopy tworzą surrealistyczne krystaliczno czyste struktury. OCEAN OD TENDERNESS to taki Stairway To Heaven muzyki elektronicznej. Morze wrażliwości z pięknymi efektami jest jak osobisty przejaw czułości, łez, i bólu. To bardzo osobiste. Cudowna gitara łka jak zraniona dusza, dusza porzucona, rozgoryczona przeszłością. Niedotrzymane obietnice zatracają artystę w tym oceanie. I widzimy niebo upstrzone smugami gitary i basu unoszącymi się nad syntetycznymi falami bezkresu wody. NIGHTDUST to typowy przykład Berliner Schule. Lider unosi nas w kosmos, gdzie szybujemy poprzez narastające częstotliwości . Widmowe kształty i pasma gwiżdżą w uszach, to wciąga, intryguje. Göttsching prowadzi nas przez chłód przestrzeni kosmicznej, łącząc syntezator i gitarę w warstwy o niespokojnym rytmie. Wypływamy na spokojny obszar, ogrzany złożonością z niezliczonych pętli i solówek. To świat astralny. W New Age Of Earth artysta odkrywa przed nami swój osobisty świat, pozwalając nam na bardzo intymny i osobisty kontakt. W tej atmosferze można odnaleźć osobisty spokój. OCEAN jest najbardziej emocjonalnym kawałkiem jaki w ogóle słyszałem w życiu. To obowiązkowa pozycja dla tych, którzy szukają takich klimatów. Dostępny na stronie Ashra.Autor - PheadreamGutsofdarkness
Klaus Schulze - Dune
Tytuł wymienionej płytki kojarzy mi się wyłącznie z sześcioksięgiem Franka Herberta "Diuna" (w oryginale "Dune") i filmem Davida Lynch'a powstałym na kanwie tej właśnie powieści (jest także miniserial pod tym tytułem). Nasuwa się pytanie. Czy w związku z tym dzieło Klausa Schulze'a jest ścieżką dźwiękową z wymienionego obrazu? Z pewnością nie. Film powstał na pocz. lat 80-tych (muzykę do filmu pisał m.in. Brian Eno), płyta w 1979 roku. Jednak skojarzenie i sugestia pozostają, a lektura wszystkich tomów dodatkowo je wzmaga.Klaus Schulze - DuneNa krążku znajdziemy tylko dwa, prawie 30-sto minutowe, utwory co jest dość charakterystyczne dla KS. Kompozycje jednak różnią się znacznie. Pierwszy utwór - "Dune" przypomina psychodeliczne klimaty z wcześniejszych dokonań artysty (może nie jest to taka awangarda jak z "Cyborga", ale stylistyka jest wyrazista) i staje się zarazem niezwykłą dźwiękową ilustracją wspomnianej wyżej powieści (jeśli ewentualny słuchacz ją czytał). Drugi utwór jest bardziej rytmiczny, zbliżony raczej do stylistyki prezentowanej przez Richarda Wanhfrieda (grupa założona przez KS), ale nie aż tak dynamiczny. Wrażenie potęguje dodatkowo fakt, że muzyce towarzyszy recytowany tekst (pisany notabene przez samego Klausa Schulze'a), tak jak ma to miejsce w przypadku produkcji RW. Taki zabieg powoduje, że płyta staje się wprawdzie ciekawa, ale też wprowadza pewien dysonans brzmieniowy (nagła zmiana emocji). Kto czytał "Diunę" w całości, doceni ten prosty (skuteczny) środek kształtowania nastrojów.Tak jak na początku wspomniałem, skojarzenia mam jednoznaczne. Jeśli takie były intencje artysty, to opisywanym krążkiem udaje mu się uchwycić i dodatkowo wzbogacić świat wykreowany przez nieżyjącego już Franka Herberta. Na zakończenie mała dygresja. Film "Dune" (ten Lynch'a) okazał się finansową klapą. Jednak jako niecodzienne przedsięwzięcie artystyczne może zachwycić niejednego widza do dziś. Trzeba przyznać, że jest obrazem dla koneserów (a czyż muzyka KS taka nie jest?).El-Skwarka (wrażenia spisane w 1999r. przeredagowane w 2005r)Astravoyager
Michael Stearns - Collected ambient and textured works 1977-1987
Michael Stearns jest amerykaninem i jednym z ojców ambientu, space music, new age. Zaczynał w latach 60-tych od rocka i jazzu, by wreszcie na studiach w 1968 roku odkryć zainteresowanie tym co nazywamy muzyką elektroniczną. Znany jest z tego, że buduje nowatorskie, niespotykane instrumenty choćby The Beam –3 metrową rzecz z 24 strunami z pianina. Ma na swym koncie wiele jingli radiowych, muzyki dla TV, ścieżek dźwiękowych do filmów kinowych, IMAX-a a nawet... NASA. Płyta którą opisuję to zremasterowowane przedstawienie wczesnych prac Stearns’a w postaci kompilacji. Michael Stearns - Collected ambient and textured works 1977-1987 "Elysian E" (z Ancient Leaves z 1978) Stearns zabiera nas na przejażdzkę w swoje wykreowane, przepięknej urody światy. Masywne basy, świdrujące , przeplatane dźwięki, w końcu wokaliza i coś jak ksylofon a w rzeczywistości fiński instrument zwany kantele. „ M'ocean" (z albumu Light Play’82) używa rytmu fal morskich dla stworzenia niepowtarzalnych struktur ciekawych brzmień w połączeniu z delikatnym wprowadzeniem dźwięków syntezatora -unikalne połączenie odgłosów natury z muzyką elektroniczną. Pogodne , ulotne – jak ciepło zachodzącego słońca... „Morning”(z Morning Jewel’79) –przedstawienie meksykańskiej wioski budzącej się do życia; kogut, dziecięce głosy, śpiew ptaka, parskanie koni- a wszystko opatrzone anielskim głosem ( Marsha Lee )- jak dla mnie utwór afirmujący budzenie się dożycia. Ancient Leaves (utwór tytułowy płyty z 1978) intensywne tony organów budują masywną strukturę dźwięków, z przedzierającą się z nich hipnotyczną melodią na kantele. Subterraean Ambiance (Lyra’83)- ciężkie brzmienie – ponury i niepokojący kawałek – z powodzeniem można zaliczyć go do dark ambientu- tu ciekawostka –na utworach z Lyry słychać unikalne brzmienie gigantycznej elektronicznej harfy , stworzonej przez rzeźbiarza George Landry’ego nazwanej Lyra Sound Constellation. Rivers Of Rhythm (Lyra’83) syntezatory naśladują kaskady przelewającej się wody. Równie dobrze mogłoby to odzwierciedlać jakiś ponury obrazek kina noir... Vicky’s Dance(Lyra’83)- wstęp spokojniejszy, liryczny z minimalistycznym odcieniem dochodzi wokaliza (znowu Lee) i ... sekwencje jakby z BS! By znowu się wyciszyć.... „Jewel”(Morning Jewel’79)jeszcze bardziej wyciszony , minimalistyczny – słuchając go widzę prawie namacalnie człowieka siedzącego samotnie na skraju morza zadumanego nad sensem istnienia na tle czerwonej tarczy słonecznej...- to chyba jedna z najpiękniejszych ambientowych melodii w historii tego nurtu. „Night Currents”(Floating Whispers’87)znowu odgłosy natury ( nocne rechotanie żab, świerszcze) są tłem dla delikatnej , oszczędnej w dźwiękach melodii. „The Dragon's Dream World „(Lyra’83) zimne, ambientowe struktury, wibracje, szelesty, echa. „Desert Moon Walk” –utwór tytułowy z debiutanckiej płyty- zabawy nastrojem. Gorąco zachęcam do zapoznania się z tą płytą – ci którym podobał się klimat DCD czy Lisa Gerrard solo choćby w „Gladiatorze” będą oczarowani ....Autor - Spawngamer Forum Studio Nagrań
Vangelis - Hypothesis, The Dragon
Z różnych powodów głównie personalnych Aphrodite's Child zakończyło działalność. Dla nieznających - świetny zespół Vangelisa z Roussosem na wokalu. "Bezrobotnego" artystę sprowadza do Londynu Giorgio Gomelsky i organizuje mu sesje w londyńskim Marquee z dość dobrymi muzykami, grającymi już fuzję jazzu i rocka. Powstaje bardzo interesujący materiał, będący wypadkową możliwości i zainteresowań muzyków, mamy tu jazz, rock, eksperymenty, sporo improwizacji. Vangelis specjalnie się nie wychyla ale wszystko pachnie bizancjum, bliskim wschodem, plażami morza śródziemnomorskiego, jest lekko psychodelicznie. Muzycy badają się wzajemnie szukając porozumienia i wolności jednocześnie. Nieszczęśliwie a może szczęśliwie projekt nie zostaje ukończony. Kilka lat później domniemany właściciel nagrań postanawia je wydać na dwóch krążkach Vangelis - Hypothesis Vangelis - The DragonHypothesis i The Dragon zostaje wypuszczony bez zgody artystów, Vangelis wytacza sprawę sądową i wygrywa . Płyty jednak się ukazują i krążą na winylach do dzisiaj. To znakomity set bardzo spontanicznej i wielobarwnej muzyki - o ile Hypothesis jest bardzo swobodny, The Dragon to 3 zorganizowane utwory w konkretnych klimatach. Wiele z tych klimatów usłyszymy na następnych płytach ale to już inna bajka. Obydwie płyty to odbicie czasu, uchwycony proces przemiany muzyka, którego możliwości wydają się niezmierzone. Dla fanów klasycznego Vangelisa spore wyzwanie, dla otwartych słuchaczy - niesamowicie smakowita uczta.
Takla Makan - Contour
Takla Makan to nie jest nowicjusz na scenie elektronicznego progressive(Traditional Electronika). Amerykański muzyk ukrywający się pod tym pseudonimem to Tony Allgood. Contour to jego 6 album. Dla wielu obserwatorów muzyki elektronicznej to jedna z najciekawszych płyt roku 2007.OLAG BAMURPHA – krystaliczne akordy o barwie fletu "przefiltrowane" przez chóry niebiańskie rozpoczynają to dzieło. Mruczący sekwencer śpiewnie towarzyszy narastaniu syntetycznych nut, otoczenie staje się ciężkie, pulsujące obrotowo. Wynurzamy się z tego nastroju w łagodnych modulacjach i melodiach a'la mandarynkowy Mike Oldfield. Te podobieństwa melodyczne gasną w bajecznych barwach gitary akustycznej. Delikatne akordy rzeźbią krajobraz kolejnego kawałka – HELM. Minimalizm "stojących" w tle dźwięków daje tło dla solidnej kołyszącej struktury i pięknego sola, to słodkie, zmysłowe i urocze. Falujące intro do THE DRAGON wkrótce staje się przestronne i groźne. Po początkowo krzywej linii rytmicznej, mieszanka sekwencyjno perkusyjna zaznacza bardzo wyraźne tempo utworu. Te mocne uderzenia perkusyjne opisują agresywną stronę charakteru smoka. Urocza linia basowa stanowi podparcie ku zakręconym solówkom kończącym ten numer. SANKTUARY to minimalistyczne techno, Makan śpiewa w manierze bliskiego wschodu, co daje kompozycji szczególny charakter, w końcowej fazie wszystko się bardziej urozmaica. ETHER to dzieło monumentalne. Intro bada niedostępne i ciemne głębiny morskie z których wyłania się subtelna kaskada sekwencyjna tkająca syntetyczny "obrus". Solówki nieco uproszczone ale przekonujące. Takla Makan zdradza olbrzymie możliwości, wyobraźnia wypełnia przestrzeń z łatwością ale to wszystko ma pewną moc.Takla Makan - ContourNiewątpliwie Contour jest sporym zaskoczeniem, to bardzo urozmaicony album, gdzie ciężkie sekwencje mieszają się z inteligentnie potraktowanym rytmem. Żywa atmosfera całości powoduje, że ta muzyka nie nuży. Prawie 70 minut zmusza do aktywnego słuchania z ciekawością i zainteresowaniem.Autor - PhaedreamGutsofdarkness
Redshift - Ether
Kwartet Redshift został stworzony przez Marka Shreeve`a (artysty znanego el-fanom z solowych dokonań) w 1996 r. W skład grupy, oprócz założyciela, wchodzą jeszcze: jego brat - Julian Shreeve, James Goddard i Rob Jenkins. Zespół bazuje na brzmieniach opartych na wzorcach muzyki elektronicznej lat siedemdziesiątych XXw. (używa rzadkich dziś instrumentów np. Moog`a 3C) ze sporą dawką nowoczesnych "dodatków". Powoduje to, że trudno zakwalifikować twórczość Redshift do współczesnych muzycznych szufladek (i bardzo dobrze). W kompozycjach tej grupy odkryjemy więc trochę ambientu, trochę z mrocznej atmosfery kosmosu, trochę z minimal music i oczywiście niezapomniane sekwencerowo - gitarowe brzmienia rocka elektronicznego. Jak dotychczas spółka ta "wyprodukowała" trzy płyty (stan na 2001 r. - przyp. autora). Wszystkie doskonałe i unikalne na swój sposób. Każda z nich jest wyraźnym przykładem niebanalnej inwencji artystów. W poniższym tekście skupię się na "Ether" (drugiej z kolei).Redshift - EtherNa płytce znajdują się cztery utwory. Dwa z nich (pierwszy i ostatni) to zapis z koncertu w Jodrell Bank Planetarium z 1996 r. Pozostałe to nagrania studyjne. Otwierająca "A Midnight Clear", rozbudowana na wzór "szkoły berlińskiej" kompozycja, stopniowo wprowadza w mroczny dźwiękowy krajobraz. Po pewnym czasie pojawia się "natarczywy" rytm sekwencerowy i przyśpieszenie - "berliński" klimat jak na wyciągnięcie dłoni. Rytm jeszcze bardziej przyśpiesza w studyjnym nagraniu "Bombers in the Desert", które zaczyna się dość niepozornie, by uderzyć z iście "rockową" (choć to "tylko" elektronika) siłą. Po takiej pokaźnej dawce adrenaliny następuje uspokojenie w postaci "Static" o wyraźnie ambientalnym charakterze. Płytkę zamyka "Ether" - klasyczny rock elektroniczny. Wszechobecne sekwencery i charakterystyczna gitarowa końcówka na długo pozostają w pamięci. Dlaczego tak nie gra dzisiejsze Tangerine Dream (kiedyś przecież zespół ten potrafił wzbudzać niezwykłe emocje)? Łezka się w oku kręci na wspomnienie. Co można powiedzieć tytułem podsumowania? Słuchajmy do znudzenia. Miłośnicy el-muzyki w klasycznym, nie pozbawionym jednak nowoczesności, wydaniu wspomnianą w tytule płytę nieprędko odstawią na półkę.El-Skwarka (wrażenia spisane w lutym 2001 r., przeredagowane w sierpniu 2007 r.)AstralvoyagerRedshift II - A Midnight Clear [Excerpt]Redshift - Live 2002
Robert Schroeder - Everdreams
RS już od najmłodszych lat interesował się nie tyle muzyką el co produkcją niekonwencjonalnych instrumentów do jej tworzenia i eksperymentowania z nowymi brzmieniami jakie dawały. To zresztą zaowocowało później skończeniem studiów inżynierskich i pracą dla Atari i Seiko Jako trzynastolatek kupił sobie pierwszą gitarę a rok póżniej odkrył światy wykreowane przez Can i Pink Floyd. W 1978 roku zaprzyjażnił się z KS, który wciągnął go do właśnie tworzonej wytwórni IC i zaraził fascynacją muzyką el – po roku pojawił się debiutancki Harmonic Ascendant ...Robert Schroeder - Everdreams Płytę Everdreams wydano specjalnie na zlot KLEM roku 1994. Było to nieprzypadkowe jako że był on jednym z muzyków dających koncert na tym festiwalu. Co ciekawe materiał muzyczny został wzbogacony o ponoć znakomitą oprawę ; świetnych tancerzy na scenie i fantastyczny pokaz świateł z niezwykłymi efektami specjalnymi.Ten trzynasty w dorobku RS album, to jakby podsumowanie jego dotychczasowej kariery a zarazem krok naprzód. Wszystkie utwory to ładne, wpadające w ucho melodie z motywami muzycznymi, przewijającymi się przez dany utwór co jakiś czas niczym refren w piosenkach pop . Olbrzymią zaletą Schroeder’a jest różnorodność melodii plus bogate, do każdego utworu inne, instrumentarium. Jeśli na Smoothing Shadows króluje gitara elektryczna (Christian Guth gitarzysta hard-rockowego Warlock) a na Rotary E-Motion przetworzony dźwięk gitary basowej, plus dźwięki korga, to na Lost In Time - perkusja(świetny perkusista Horst Schippers), nierytmiczne uderzenia na tle rozlewających się dźwięków syntezatora, a na Visionable - marimba. Zaczyna się nie po schroederowsku od szumu fal i jakiegoś zadumanego klimatu ledwo zaznaczonego delikatnymi dźwiękami syntezatora, który stopniowo ewoluuje w stronę mocnej , wyrazistej el z perkusją jako bazą rytmu na tle której pojawia się powtarzany motyw grany jakby na...amatorskim keyboardzie Casio ! Ale wierzcie mi brzmi to niesamowicie! Ta pięciominutowa jakby druga część pierwszego utworu to jeden z moich ulubionych ostatnio kawałków. Zresztą cała płyta jest arcyciekawa, trudno wybrać ten najlepszy fragment ( druga połowa pierwszego, czwórka, piątka, szóstka, siódemka, ósemka...) - przymykam oko że np. Synbeats brzmi bliźniaczo jak kawałki z płyty Computer Voice, jestem pod wrażeniem , że każdy utwór jest inny inaczej zagrany i na innych instrumentach dlatego **** 20 Maja RS (w 2006)obchodził 50 urodziny ps. Dla fanów ostatnich dokonań TD - jeśli już np. wplatać gitarę elektryczną do el to błagam tak wspaniale jak tutaj na Smoothing Shadows . 1. Big Ocean 11:54 2. Synbeats 5:24 3. Lost In Time 11:31 4. Everdreams 6:20 5. The Art Of Moovin' 7:17 6. Visionable 12:21 7. Smoothing Shadows 3:58 8. Rotary E-Motion 8:03 9. Wow 5:28Autor - SpawngamerForum Studio NagrańRobert Schroeder z innych płytRobert Schroeder - Rotary Motion (1984)Robert Schröder - MomentsGalaxy Cynus A Robert Schroeder
Laurie Spiegel
To historia o "walce" człowieka z maszyną. Laurie stojąc przed egzemplarzem Buchla 100, słuchając Subotnicka – co to cudeńko może, jeszcze nie wie, że to starcie przegra. Tymczasem pociąga ją wolność i pełna kontrola procesu twórczego, niesamowite barwy, niezliczone możliwości ekspresji wykonawczej. To, że można zabrać instrument do domu ma olbrzymie znaczenie. Klaus Schulze podkreśla swoje intymne i bardzo emocjonalne relacje z poszczególnymi instrumentami. Spiegel to potwierdza – "nie lubię słowa syntezator, to się kojarzy z czymś syntetycznym, sztucznym i fałszywym. Zresztą i tak jesteśmy wyrzutkami w środowisku muzycznym. Normalni ludzie traktują komputer jako nieprzyjazną bezosobową maszynę, która nie ma duszy, w przeciwieństwie do instrumentów klasycznych." Historia pokaże, że te instrumenty są o wiele bardzie "żywe" i przyjazne niż nam się wydaje.Ta muzyka jest bardzo silnie naładowana emocjami ale nie liczcie tu na ckliwe melodyjki w rodzaju Ciani. Laurie wspaniale wykorzystuje naturę tych urządzeń do przekazania własnych emocji, dokonuje się tu niezwykła synteza człowieka z technologią. To jest nowa wartość, za tym przykładem pójdą inni ale będą na marginesie. To boli. Osobista dygresja - Esflores speaking – Ktoś kiedyś mi bliski podsłuchał czego tam właściwie słucham w takim skupieniu. "No teraz rozumiem, dlaczego jesteś czasami taki nerwowy, można oszaleć od tego rzężenia" Przyznam się, że nie było to przyjemne, pomimo, że nie zależy mi na pełnej akceptacji. Doznałem jednak objawienia - coś musi być w tych dźwiękach skoro moje wnętrze się z nimi harmonizuje i tworzy jakieś przestrzenie emocjonalne. Natomiast gdy po raz tysięczny stykam się z chaosem, duchowym repiterstwem i nudą tzw. dnia codziennego - to rzeczywiście staje się nerwowy.Laurie Spiegel tworzy coś z czymś można wejść w intymny kontakt, bezpieczny kontakt. Digitalizacja na początku lat 80-tych wszystkich zaskoczyła, ten technologiczny skok zmienił na zawsze sposób tworzenia. Artystka podjęła się pracom związanym z tworzeniem oprogramowania muzycznego. Gdy pojawił się pierwszy Mac z myszką, stworzyła pewną technikę, która pozwalała na bardziej ludzki interfejs twórczy. Digitalizacja pomimo swych niewątpliwych zalet i użyteczności spowodowała właśnie to co zarzucano wczesnym elektronikom – dehumanizację. Gdy spojrzymy uważniej na sztukę, np. sztukę użytkową to zdecydowana większość to cyfrowy chłam. To oczywiście generalizowanie z premedytacją – są ludzie i artyści, którzy tworzą żywą muzykę, posługując się nawet bardzo skomplikowaną technologią. Ludzie tworzący nowe wartości, przecierający nowe szlaki. Droga Laurie Spiegel jest porośnięta i zaniedbana czeka być może na ponowne odkrycie. To zaledwie kilka płyt z muzyką pozbawioną niesamowitych solówek i blichtru komercyjnych produkcji. Mówi się potocznie, że każdy ma swoją melodię, spotykając tę artystkę odkryjesz dziwnie znajome częstotliwości, które nazywa ona na przykład Unseen Worlds. Szkoda, że nie znalazła sposobu aby znaleźć się w nowej rzeczywistości. Gra swoją muzykę dla własnych uszu gdzieś w nowojorskim domu na przystosowanym strychu.Computer music pioneer Laurie Spiegel discusses her compositional tools and processes with host Jude Quintieré (WBAI). Having recently completed a number of works using the GROOVE system at Bell Labs, Spiegel describes the flexibility of her programs, and her approach to sequencing and real-time manipulation of synthesized sounds. The composer further elaborates on the evolution of her personal interests, especially in regard to her use of specific pitch and rhythmic materials drawn from her experience as a banjo and lute player. Compositions heard in their entirety include Patchwork, Waves, The Orient Express and Expanding Universe. Laurie Spiegel - "Improvisations on a 'Concerto Generator'"Laurie Spiegel - appalachian grove I
Airsculpture - Impossible Geometries
Pierwsza płyta trio AirSculpture i pierwsze tak pozytywne wrażenia. Kolejne płyty tylko ten stan pogłębiły. Historyczny, bo pierwszy krążek zespołu "Impossible Geometries" wniósł świerzy powiew i zapowiedź wschodzącej, świecącej mocnym blaskiem "gwiazdy" el-muzyki. Trio tworzą Adrian Beasley, John Christian i Peter Ruczyński. Airsculpture - Impossible GemetriesCharakterystyczną cechą twórczości AirSculpture są solówki, mocne sekwencerowe struktury, sporo improwizacji i szaleństw na klawiszach. Czerpią swoją inspiracje z okresu świetności i rozkwitu el-muzyki lat 70. Na krążku znajdziemy trzy kompozycje. Pierwszy "Floe" nie zapowiada porywającej muzyki, lekkie brzmienia - cisza przed burza utwór się rozpedza, na pierwszy plan wdzierają się sekwencerowe struktury w które wkrada się odrobina dynamiki. Tytułowa kompozycja klimatyczna wywołująca skojarzenia i wrażenie odlotu troszkę przyśpiesza, w końcówce zaś wspaniale potrafi ukoić. Ostatni "Stranger Traktors" jeden z moich ulubionych tracków, sekwencerowy, przyśpiesza, przyśpiesza... i tu no cóż na końcu płyty mamy mały zgrzyt w postaci brutalnie wyciszonego utworu, który się dopiero rozkręcał, na CD było jeszcze sporo miejsca więc tajemnicą pozostanie dlaczego...?Płyta przy pierwszym słuchaniu nie zachwyca, po kilkukrotnym zapoznaniu się jak najbardziej ten stan ulega odwróceniu. Album bardziej niż udany "Impossible Geometries", nie jest "ciszą" przed burzą, to jest cisza przed nadejściem tornada...Autor - El SkwarkaAstralvoyager
Jean Michel Jarre - Revolutions
Album poświęcony był "wszystkim dzieciom rewolucji" - francuskiej, amerykańskiej, przemysłowej, komputerowej, islamskiej . Rewolucja przemysłowa -muzycznym motywem przewodnim jest dźwięk metalicznego odgłosu kojarzący się z robotnikiem walącym w rurę przecinakiem. Drugi utwór zaś słychać sapanie olbrzymiego miecha, na tym tle nerwowe, drażniące dźwięki symbolizujące jak dla mnie dużą fabrykę i podziw dla mocy sprawczej człowieka który poprzez przemysł potrafi kształtować swoje własne życie-wszystkie te symfoniczno-pompatyczne wstawki świadczą że JMJ oddaje hołd nowoczesności . Po tym można rzec dramatycznym otwarciu w stylu który można by nazwać symfonią industrialną mamy wejście Jarre’a w świat popowych melodii. Wiem że zarzuca się JMJ że miał już tyle zarobionych pieniędzy że powinien nagrać bardziej eksperymetalną płytę ale zostawmy ten temat -JMJ zaczął uczyć się zorientowanych na pop melodii. London Kid to coś co nazwać by można light guitar pop-lekkie i przyjemne gitarowe granie z elektronicznym tłem.Jean Michel Jarre - RevolutionsKolejny utwór Revolutions to chyba mój zdecydowany faworyt –ciekawe rozwinięcie i niespotykane dotąd połączenie z muzyką arabską –vocoderowa monodeklamacja (Jean-Michel Jarre oraz Michel Geiss – komputerowy głos zaprojektowano w kalifornijskim Street Electronics ) wymieniania różnych rzeczy na zasadzie możliwość brak możliwości, plus egzotyczne dźwięki tworzy coś na kształt etno elektroniki.Kolejny Tokyo Kid to jakby uzupełnienie do London Kid – nazewnictwo nie przypadkowe –Londyn kojarzy się z XVIII wieczną rewolucją przemyslową na ziemiach angielskich czyli wprowadzeniem pierwszych maszyn , zaś Tokio to konotacja związana z dzisiejszymi czasami, gdzie myśląc o nowoczesności bezwiednie kojarzymy to z Japonią. Utwór ten to taki elektro etno jazz , jak dla mnie najsłabiej brzmiący na płycie. Computer Weekend –dla jednych zbyt cukierkowy dla mnie przykład wykreowania ascetycznymi metodami przeboju. Utwór "September" śpiewany przez Mireille Pombo i chór żeński z Mali to hołd złożonym Dulcie September, aktywistki ANC jednej z ofiar reżimu południowoafrykańskiego zamordowanej w marcu 1988 roku. Tu słychać wyraźne inspiracje z czarnego lądu. Patetyczno –podniosły Emigrant to klamra spinająca tą tematyczną płytę. Loopy z Rolanda D-50 podporządkowano klimatom etnicznym, JMJ odmienił swoją muzykę już na Rendez Vous ale tutaj nastąpił już całkowity kolaż różnych gatunków muzycznych . Być może dlatego płyta ta przez ortodoksyjnych fanów el jest źle odbierana. Przeze mnie nie.(9.10/10) Revolution Industrielle: Ouverture (5:11) 2. Revolution Industrielle, Pt. 1 (5:10) 3. Revolution Industrielle, Pt. 2 (2:17) 4. Revolution Industrielle, Pt. 3 (4:13) 5. London Kid (4:28 6. Revolutions (4:56) 7. Tokyo Kid (5:23) 8. Computer Weekend (4:43) 9. September (4:06) 10. L'Emigrant (3:57) Jean-Michel Jarre - Roland D-50, Fairlight CMI, Synthex, EMS Synthi AKS, OSC Oscar, EMS Vocoder, Dynacord ADDI, Cristal Baschet, AKAI MPC-60, drums programming, percussions Guy Delacroix - Bass guitar Sylvain Durand - Fairlight CMI on "London Kid" Kudsi Erguner - Turkish flute Michel Geiss - ARP 2600, KAWAI K5, Geiss Matrisequencer, Cavagnolo MIDY 20, Elka AMK 800 Joe Hammer - Drums Simmons SDK, Dynacord ADDI Hank Marvin - Guitar Jun Miyake - Trumpet, Megaphone Dominique Perrier - E-mu Emulator, Fairlight CMI, Ensoniq ESQ-1, Roland D-50, Synthex, OSC Oscar, AKAI MPC-60 programming Francis Rimbert - Additional synthesizer programmingAutor - Spawngamerforum Studio Nagrań Jean Michel Jarre - Industrial Revolutions 1Jean Michel Jarre - Industrial Revolutions 2Jean Michel Jarre - Revolution
La Monte Young
Zapraszam do skrótowego zapoznania się z muzycznym światem La Monte Younga. Artysta od najmłodszych lat zafascynowany naturą dźwięku, stworzył kilka interesujących teorii. Zapytany o nie stwierdza, że uwielbia analizowanie i eksperymenty nad współbrzmieniem, interwałami, konceptualizmem. Jest to dla niego pasja. Koncepcja "Just Intonation" opiera się na systemie akordów o częstotliwościach na podobieństwo licznika i mianownika w ułamku złożonym z liczb całkowitych.Wielogodzinne koncerty jego grup parateatralnych (John Cale, Terry Riley) i efekty świetlne realizowane prze żonę kompozytora, doprowadziły go stwierdzenia.Określone brzmienie pozwala na stworzenie silnego stanu psychicznego, stan ekstazy. Elementy harmoniczne są bardzo ważne aby to uzyskać. Niektórzy porównują jego dokonania do rzeźb dźwiękowych generowanych współbrzmieniami tonów prostych (sinusoidalnych). Dla mnie ta muzyka kojarzy się z impresjonizmem sonorystycznym kojarzonym z Satie czy Debussy'm. Jego muzyka to minimalizm nawiązujący do Weberna, śpiewów gregoriańskich, to niesamowite drony. Odbiorca doznaje objawienia klucza do zrozumienia związku między dźwiękiem a uczuciem (uniwersalne struktury). Jako, że jego muzyka jest oparta na elementach wschodnich, niektórzy współpracujący z nim muzycy mówią, że muzyka grana na zachodzie jest grana tak "szybko" bo jej harmonie są "fałszywe". Syntezator Ryana i specjalnie wielogodzinne strojenia np. fortepianu, relacje interwałowe, systemy modalne wpływają na czystość i wysoką "jakość" współbrzmień i wielobarwność jego twórczości. Artysta ukuł nowy termin The Well Tuned Piano.Jedno jest pewne ta twórczość jest niezwykle inspirująca i w sumie bardzo przyjemna w odbiorze.La Monte Young and The Forever Bad Blues Band - Dorian Blues in G
Paul Haslinger - World without rules
Podobno w muzyce wszystko już było i nie można nic nowego wymyślić. Według "znawców muzyki" królują teraz tylko odpowiednio przetworzone, znane z przeszłości kawałki. Takie twierdzenie zdobyło ostatnio sporą popularność. Przeczy niemu jednak to, co się dzieje w el-muzyce. Dobitnym przykładem jest krążek Paula Haslingera "World Without Rules". Paul Haslinger - World without rulesPana PH miłośnicy dźwięków generowanych elektronicznie znają zapewne z Tangerine Dream (moim zdaniem raczej nieudana przygoda). Potem przez pewien czas współpracował z muzykami z formacji Lightwave. Można by było sądzić, że jego solowa płyta będzie reprezentowała styl w jakimś stopniu zbliżony do wyżej wymienionej grupy. Nic bardziej błędnego. Na krążku znajdziemy dość nieprawdopodobną mieszankę. Wyraźnie słychać, że artysta był inspirowany kulturą Wschodu (dokładnie indyjską). Na płytce znajdziemy nawet jeden utwór bez instrumentalnego tła - czysty wokal. Nie zabrakło jednak kompozycji bardziej elektronicznych, których styl ociera się o awangardę, rock, a nawet trance. Całość na pierwszy "rzut oka" sprawia wrażenie pewnego bałaganu. Jednak po kilku odsłuchaniach (wskazane przerwy kilkudniowe), wyłania się tzw. druga warstwa i zgromadzone na CD nagrania zaczynają wzajemnie współgrać, tworząc styl (dla mnie nastrój) określany często mianem trance - world.Kto jest otwarty na niebanalne nowości, powinien poświęcić trochę czasu (cierpliwość pożądana) na spotkania z tym krążkiem. Nie sądzę, aby potencjalni słuchacze byli rozczarowani. Oby kolejne dokonania Paula Haslingera były nie mniej interesujące.El-Skwarka (wrażenia spisane w 1998r. przeredagowane w 2004r.) Astralvoyager
Tim Blake - Blake's New Jerusalem
Po odejściu z Gong w 1975 roku Blake co prawda zaangażował się w różne projekty ale tak naprawdę myslał o solowych projektach. Niestety wspólpracująca z nim wcześniej Virgin Records odrzucila jego taśmy demo gdyż nadchodził już zmierch rocka progresywnego i chcieli zwrocić się w stronę muzyki Punk i New Wave. Dlatego zwrocił się do małej, francuskiej specjalizującj się w muzyce elektronicznej wytwórni EGG, wydającej pod skrzydłami Barclay. Najpierw wydano tam Crystal Machine (był to pseudonim artystyczny Blake’a) a rok później Blake's New Jerusalem nagrywany i improwizowany na żywo w studio.Tim Blake - Blake's New JerusalemBlake tym razem zamiast tylko wyprawy muzycznej zapragnął stworzyć liryki do każdego z utworów. Potraktował ją jak typową komercyjną płytę wydając do jej promocji singiel z kawałkiem Generator. Płyta spotkała się z mieszanymi reakcjami ale Blake zdołał odbyć tournee do jej promocji z występem na Glastonbury Festival obok Steve Hillage’a i Peter’a Gabriel’a. Na nośniku CD wydała ją w 2001 roku Voiceprint. Song For A New Age to połączenie kosmicznych odgłosów kreowanych przez EMS z gitarą akustyczną, a to na tle całkiem zgrabnych śpiewów autora płyty, ma rzeczywiście charakter piosenki z refrenem. Treściowo jest o tym jak nowa era połączy wszystkich ludzi poprzez miłość i wyraźnie nawiązuje do rodzącego się nurtu New Age. Lighthouse to zaś futurystyczna opowieść kosmicznej wyprawy zainicjowana przez dziennik pokładowy statku miedzygwiezdnego w nerwową tonacją gitary basowej i morzem bulgocacych efektów w tle. Generator (Laserbeam) osadzony jest w modnym wówczas nurcie Space Disco tyle, że zdecydowanie lepiej zaaranżowanym na syntezatory niż większość ówczesnych propozycji. Passage Sur La Cite De La Revelation to melanż progresji z elektroniką z lekką nutą poszukiwawczo-eksperymetalnych dźwięków w dość galopującym tempie. Jedyny utwór bez wokalu. Blake's New Jerusalem to nawiązanie to poematu wielkiego angielskiego preromantyka notabene też Blake’a ale Williama. Piekny kosmiczny wstęp przechodzący w przeuroczą solówkę na mini moogu (zasługa gościnnego występu nastoletniego wówczas Jean Phillipe Rykiel’a) z fantastycznym tłem. Znowu w śpiewach wieści nam Blake koniec cywilizacji i odrodzenie się ludzkości w nowej erze zwrotu ku naturze. Bardzo interesująca płyta którą świetnie się słucha. Polecam. Autor - SpawngamerForum Studio Nagrań TIM BLAKE NEW JERUSALEMTim Blake's Crystal Machine - Passage Sur La Cite De La Revelation (mashup)Tim Blake: Across The Sea of Dreams
Iannis Xenakis
W naszej skromnej podróży po muzyce współczesnej (w kontekstach elektronicznych) spotykamy niezwykłe zjawisko. Xenakis. Jest jak rafa koralowa, która nie pozwala ani odpłynąć ani dobić do lądu. Kompozytor proszony o komentarz do swojej muzyki milknie, kiedyś mówił. Znaleźli się jednak tacy, którzy natychmiast zarzucili mu brak artyzmu i przesadne teorytezowanie sztuki.. W tym milczeniu słychać przekaz; a może użyjcie własnych środków percepcyjnych. Niezależność, oderwanie od przeszłości, tradycji, losowość, przypadek. I rzeczywiście pierwsze kontakty z jego muzyką to najczęściej doznanie przeżycia przerażającej burzy albo innego kataklizmu. Jeśli ta muzyka wypływa z wnętrza człowieka jak sugeruje mistrz - to kryją się tam upiory przeszłości – wojna, strach, niepewność, potworne zranienie, samotność ale i siła.Siła oparta na logice i porządku, wewnętrzny rygor i zdyscyplinowanie. Stochastyka to dążenie do celu, tym celem jest znalezienie środka wyrazu dla ujścia sił, które rozrywały Iannisa od środka. Jego niezwykłą twórczość buduje nowy porządek na innym poziomie percepcji. Twórczość oparta o teorie – prawdopodobieństwa, gier, grup, zbiorów, mechanika statystyczna. Realizowana technicznie – elektronika, laser, lampy błyskowe, 400 luster, przestrzeń, glissanda, permutacje, harmonika pozaoktawowa, brak powtórzeń, linearny rozwój kompozycji. W wywiadzie zdradza, że dźwięki otoczenia są nudne i banalne a więc nie ma miejsca dla nich w jego muzyce. A jednak nie przeszkadza mu to imitować - gradu, deszczu, huraganu, zamieszek ulicznych, strzałów, pieśni pochodowych itp.Mówi się o związkach tej muzy z architekturą, matematyką, ale to tylko pewne ramy, których artysta pozwala na kontrolowany przypadek, zapisy jego utworów są tak przesycone treścią, że artysta wykonujący wybiera tylko te, które jest w stanie albo ma ochotę zagrać bez utraty spójności dzieła.Doprawdy niewielu jest dane przejść przez wspomnianą rafę aby dotrzeć do wyspy Iannisa Xenakisa – jeśli jednak się zdecydujesz to możesz liczyć na cierpienie niemal fizyczne ale rany szybko się zagoją i będziesz wśród nielicznych dla których ta oaza jest już niezbędna do życia. Bo w tej muzyce jest ta życiodajna tajemnicza siła, która pcha wszystko ku....................Xenakis - Pléïades -Peaux Part 1/2Xenakis - Pléïades -Peaux Part 2/2Iannis Xenakis - PsapphaWybrałem asekuracyjnie tylko perkusyjne utwory - to nikły ułamek dzieła Xenakisa.
Robert Rich - Numena + Geometry
Wydawnictwa dwupłytowe, z którymi dotychczas miałem styczność to przeważnie zapis jakiegoś koncertu lub wynik współpracy artystów pracujących zwykle osobno. W takich przypadkach dwa krążki stanowią całość. Bywa też, że druga płyta w pudełku odgrywa rolę bonusa, czyli osobno jest nie do zdobycia. Jednak wymieniony w tytule zestaw odbiega od tych "standardów". W opakowaniu znajdziemy dwa różne krążki, które funkcjonują także jako osobne wydawnictwa. Wydawać by się mogło, że w takim przypadku cena powinna być wyższa. Tak nie jest. To nasunęło mi skojarzenie, że mamy do czynienia ze znanym skądinąd tzw. 2 w 1. Czy to dobrze? Przedstawiony sposób dystrybucji zapewne miał jakiś określony cel. Dla potencjalnego słuchacza jest to swego rodzaju gratka (jeśli tylko twórczość RR mu odpowiada). Dwie płyty - jedna cena, ale także dwa różne okresy twórczości. Na szczęście na oba krążki składają się kompozycje powstałe w latach 1985-1987, więc nastroje przez nie niesione nie odbiegają zbytnio od siebie. Robert Rich - Numena + Geometry"Geometry" jest płytą wcześniejszą (1991), choć utwory na niej umieszczone są młodsze od tych, które usłyszymy na "Numenie". Autor próbuje zbudować coś w rodzaju "geometrii muzyki". Jak sam przyznaje w dużym stopniu inspiracją do powstania materiału były abstrakcyjne wzory geometryczne, które odnajdujemy w kulturze Islamu. Muzyka ma być swoistym pomostem, tak aby dźwięki stały się barwami a rytm wzorem, aby usłyszeć kolory. Czy to się panu Robertowi udało? Wystarczy uruchomić wyobraźnię. Ta zaś z pewnością się przyda potencjalnym słuchaczom przy zapoznawaniu się z zawartością wspomnianej już "Numeny". Na krążku z 1993r. kompozytor zebrał nagrania z lat 1985-86. Płyta jest trochę mniej uporządkowana niż jej koleżanka z pudełka. Utwory spokojniejsze i trochę jakby bardziej mroczne. Przypominają ciągle zmieniającą się wielobarwną plamę (wytłoczona na CD może być niejaką sugestią). Z pewnością nie jest to muzyka dla wszystkich. Wymaga pewnej wrażliwości i otwartości, żeby nie rzec przygotowania. Ci jednak, którzy sięgną po te dwupłytowe wydawnictwo (a wcześniej nie mieli do czynienia z twórczością Roberta Richa) powinni swoją "podróż" rozpocząć od nieco rytmiczniejszej "Geometry". Jeśli im się spodoba, wkroczą na drogę ku niesamowitemu światu tworzonemu przez nieszablonowego Amerykanina.El-Skwarka (wrażenia spisane w 1998r.)Astralvoyager Robert Rich - Other Side of Twilight - Philadelphia 5-1-10Robert Rich Live, San Jose, June-11-2010 "Nesting on Cliffsides"

